Niezła artystka – Notatki na blankietach

stopa-w-piasku

Zuzę J. już w przedszkolu określano mianem niezłej artystki, a to z racji tego, że podczas obiadu rzucała ravioli i szpinakiem o ścianę, drąc się przy tym jak nieboskie stworzenie. Pomimo że regularne malowanie ścian dość poważnie obciążało kasę rodzinną, papcio Zuzy J. cierpliwie znosił wyczyny latorośli, gdyż po części sam był niezłym artystą, pracował bowiem w urzędzie skarbowym, a po godzinach oddawał się rzeźbieniu w steatycie, czyli kamieniu mydlanym, tworząc posążki kobiet o obfitych kształtach, które z grubsza przypominały jego ukochaną połowicę, oraz figurki dzikich zwierząt spotykanych w ościennej Puszczy Rzepińskiej.

Z kolei szanowna rodzicielka Zuzy J. artystką bywała tylko sporadycznie, a to szczególnie w momentach, gdy wspomniane figurki wyrzucała przez okno, śpiewając przy tym arie operowe sopranem niespecjalnie koloraturowym. A wyrzucała je tylko po to, aby następnie zbiec na podwórze i pozbierać do wiklinowego koszyka całą steatytową trzodę leśną i ludzką przy akompaniamencie śmiechu perlistego sąsiadek i rechotu sąsiadów. Dokonując aktu defenestracji, dawała w swym mniemaniu wszystkim do zrozumienia, jak mocno kocha swego męża i ceni jego sztukę.

Artystką pełną gębą i z prawdziwego zdarzenia Zuza J. stała się dopiero po ukończeniu Akademii Sztuk Pięknych w P. Jej pierwsza znacząca wystawa miała miejsce w pewnym dość podupadłym pubie. Zaprezentowała tam swoją instalację pod tytułem „Co ma wisieć – nie utonie”. Ze względu na ludzką przyzwoitość nie powinno się opisywać tej instalacji, ale należy spróbować to uczynić, aby oddać ducha czasów i zakres zainteresowań naszej dyplomowanej plastyczki. Otóż, na stoliku przykrytym gazetą stała wypełniona po rant szyjki butelka wódki, a w niej tkwił zanurzony łaciński krzyż z przybitym do niego Chrystusem, któremu ciecz sięgała niemalże po pachy. Jeden z krytyków przyjął instalację z wielkim zachwytem, a inny zachował się powściągliwie. Jako że obaj byli zalani w pestkę i żaden z nich nie sporządził swojej opinii w formie pisemnej, słowa ich pochłonął wiatr. Zuza J. w ramach honorarium otrzymała od właściciela pubu rozmrożoną i podgrzaną w mikrofalówce pizzę.

Następną akcją artystyczną Zuzy J. było obrzucenie własnymi ekskrementami ściany w pewnym znamienitym biurze wystaw i oddanie moczu w kącie przy drzwiach. Wykrzykiwała przy tym słowa: „Razem, ale osobno! Kisiele lecą budyniami! Kto tak potrafi?”, a każdy krzyk przerywany był beknięciem. Ponieważ występ miał charakter całkowicie nieoficjalny, gdyż Zuza J. nie została zaproszona do wzięcia udziału w zbiorowej wystawie, a na wernisaż stawiła się jako osoba prywatna, sprawa zakończyła się przybyciem mundurowych i jazdą na komisariat w celu złożenia wyjaśnień. Proeuropejska część środowiska plastycznego była zachwycone artystycznym aktem wypróżniatorki, natomiast część zbliżona do kół zdroworozsądkowych powątpiewała w jej dobrą wolę i odsądzała od czci i wiary.

Najważniejsze jednak, że prasa nie zawiodła i doniosła drobnym drukiem o skandalu, a Internet zrobił z Zuzy J. coś na kształt jętki, czyli jednodniowej gwiazdy. Nie zabrakło również memów publikowanych w mediach społecznościowych, które utrzymały się nieco dłużej. Jako że prezentowały one głównie te części ciała artystki, które trudno jest samemu oglądać bez pomocy lustra, i opatrywano je wulgarnymi komentarzami, Zuzę J. rozpierała duma, gdyż poczuła, że trafiła w zapotrzebowanie odbiorców. Na nieszczęście dla niej memy i posty zostały wkrótce bezpardonowo zablokowane przez zamorskich cenzorów z Twarzoksięgi. Po północy jednak fanfary nagle zagrały na nowo, gdyż w sieci pojawił się nakręcony przez kogoś na smartphonie film, który dogłębnie dokumentował poczynania Zuzy J. i jej otworów wydalniczych podczas otwarcia wystawy.

eleWator_23Pół roku później Zuzę J. zaliczono do znańców, jak prof. Leszek Szaruga, człek o niecodziennym uchu językowym, określa prominentów. Stało się to za sprawą instalacji ustawionej przez artystkę na Starym Rynku, a sponsorowanej rzekomo przez pewną globalną firmę produkującą napoje gazowane, pomagające odkręcać zardzewiałe śruby i rozpuszczać zęby. W instalacji tej główną rolę zagrała olbrzymia plastikowa butelka opatrzona napisem „Zuzo-Cola”, która wisiała na szubienicy i kiwała się na wietrze niczym ciało skazańca. Lotem błyskawicy rozniosło się po mieście, że Zuza J. podpisała kontrakt z Amerykanami i lada dzień wylatuje za ocean, aby szerzyć tam kulturę i sztukę.

Z zagranicznego wyjazdu wprawdzie nic nie wyszło, ale znańczyni zaproponowano udział w rodzimym marszu proaborcyjnym, z czego ochoczo skorzystała, gdyż obiecywała sobie, że na pewno nie zaszkodzi jej to w zrobieniu jeszcze większej kariery. Kilka dni później kroczyła dumnie w pierwszym rzędzie, potrząsając własnoręcznie namalowanymi plakatami z napisami: „Czarne koty za płoty!” oraz „Precz z dyktaturą ananasów!”, a także skandując skądinąd słuszne hasła podawane przez feministycznego zapiewajłę: „Moja macica należy do mnie! Moje ciało, mój wybór! Ta sama praca, ta sama płaca!”. Posuwająca się ulicami, skromna ilościowo i jakościowo parada wzbudzała, co tu ukrywać, umiarkowane zainteresowanie wśród ludności tubylczej.

Gwoli wyjaśnienia przyczyn skromności sukcesu należy wspomnieć, że miasto, zauważalnie progresywne i z uporem wartym lepszej sprawy przyjmujące hasła jedynej słusznej partii, od samego rana dopadła leszkownia, czyli jesienna szaruga, a ku świetlanej aborcji najlepiej podąża się krokiem tanecznym i w pełnym słońcu. Kiedy już wydawało się, że sponsorowana przez obce siły akcja zakończy się kompletną klapą, na horyzoncie pojawiła się nadzieja w postaci pikiety złożonej z narodowców, którą wyśledziła kamera proaborcyjnej telewizji. Wprawdzie narodowcy nic złego nie robili, nie zabrali nawet ze sobą na miasto zwyczajowych utensyliów, czyli kijów bejsbolowych i dwukolorowych sztandarów, ale sam fakt ich pojawienia się został przez wspomnianą telewizję odpowiednio zinterpretowany. Od razu też nagłośniono sprawę, a Zuza J., zapytana przez dziennikarza, co sądzi o bezpośrednim zagrożeniu ze strony prawica, którego dzisiaj jest świadkiem i ofiarą, wykrzyczała do kamery, że należy wysłać w tej sprawie petycję do samego cesarza i przestać uprawiać ogórki z rzodkiewkami.

Po zakończeniu manifestacji w łonie organizacji feministycznej rozgorzała dyskusja. O ile „samego cesarza” uznano jeszcze za usprawiedliwione przejęzyczenie, o tyle „ogórki z rzodkiewkami” wzbudziły z wiadomych względów estetycznych stanowczy protest ze strony frakcji twardogłowych. Członkinie oznajmiły, że Zuza J. nie może ani chwili dłużej pozostawać twarzą ruchu proaborcyjnego i musi być usunięta jak niepożądana ciąża. Dyplomowana artystka nie czekała, aż towarzyszki kobiecej niedoli wywiozą ją na deskorolce za rogatki, tylko ulotniła się cichaczem, porzucając dwa własnoręcznie wykonane plakaty w najbliższym koszu na śmieci. Ta demonstracja uczuć została zauważona dopiero następnego dnia przez śmieciarzy, którzy wściekali się, że już trzeci raz w tym tygodniu muszą sprzątać po porąbanych demonstrantach.

Kilka dni później Zuza J. poczuła, że zaczął się jej palić grunt pod nogami. Znajomi przestali ją zauważać, a kiedy próbowała ich nagabywać, oświadczali, że nie mają czasu, bo gdzieś się spieszą. Stała się dla środowiska niewidzialna. Jedna z koleżanek wyznała jej w końcu, jak się sprawy mają. Okazało się, że Zuza J. zyskała sobie przydomek osoby przeciwnej aborcji i ruchom feministycznym jako takim; mówiono, że jest kłótliwa i że związała się z kimś ze skrajnej prawicy, kto wie, czy nie z samym K. Te niesprawiedliwe słowa mocno ubodły dyplomowaną artystkę, próbowała się jakoś wytłumaczyć, ale nikt nie chciał jej słuchać. Plotka żyła własnym życiem i rosła jak na drożdżach. Zuza J. wytrzymała jeszcze przez jakiś czas w nieprzyjaznym mieście, a gdy zaczęły napadać ją myśli samobójcze, wsiadła w pociąg i pojechała do rodzinnego R. na Ziemi Lubuskiej.

Rodzice nic nie wiedzieli o szczegółach kariery, jaką ich latorośl zrobiła w szerokim świecie, i przyjęli ją z otwartymi ramionami, a ojciec pochwalił się nowym stadkiem dzikich zwierząt wyrzeźbionych w mydlanym kamieniu. Zamieszkała w swoim starym pokoju, którego wystroju dotąd nie zmieniono. Matka załatwiła jej pracę na pół etatu w szkole, a dyrektor domu kultury chciał, by prowadziła u niego sekcję plastyczną. Po roku zorganizowano Zuzie J. wystawę, na której zaprezentowała olejne obrazy przedstawiające drzewa z pobliskiej puszczy. W trzy lata później namalowane przez nią portrety mieszkańców R. zostały zauważone przez pewnego krytyka i wystawione w województwie, gdzie wzbudziły zachwyt i podziw. Udzieliła wywiadu do radia, a także ukazał się dłuższy, opatrzony kolorowymi zdjęciami artykuł o niej w miejscowej prasie. Przepowiadano jej wielką karierę.

Kiedy zaręczyła się z dawnym kolegą ze szkoły podstawowej i już wszystkim wydawało się, że życie Zuzy J. ułoży się jak włosy pod wpływem ciepła lokówki, narzeczony przypadkowo odkrył w Internecie film ze słynnego występu Zuzy J. w biurze wystaw. Następnego dnia zaręczyny zostały zerwane, a ludzie w miasteczku dowiedzieli się o filmie i z miejsca przestali poważać i zauważyć Zuzę J. W szkole dano jej do zrozumienia, że dla wszystkich będzie lepiej, jeśli sama zrezygnuje z dalszego nauczania dzieci. Dyrektor domu kultury nieco zwlekał ze swoją decyzją, ale długa i głośna rozmowa z żoną dodała mu skrzydeł i telefonicznie poprosił Zuzę J. o bezzwłoczne zwolnienie etatu.

Od tego czasu nikt nie widział Zuzy J. Jedni mówią, że wyjechała za granicę, inni, że zaszyła się głęboko w lesie, została czarownicą i lata na miotle. A jeszcze inni nic nie mówią, bo dobrze wiedzą, że siedzi w domu i wstydzi się wyjść między ludzi. Tylko lekarze zakładu dla umysłowo chorych, gdzie od kilku lat przebywa Zuza J., skrywają się za profesjonalnym milczeniem, gdy ktoś pyta ich o pacjentkę, która pokryła ściany swojej izby dziwnymi malowidłami, pełnymi labiryntów, szkaradnych masek i drapieżnych zwierząt. Tylko sufit pozostaje nieskazitelnie biały, bo pacjentka nadal nie wie, co ma na nim namalować.

© Dariusz Muszer

Pierwodruk: eleWator 23 (1/2018)